piątek, 24 maja 2013

No pain no gain.

Z nękającą nienawiścią do życia wstałam. Jak zwykle po przebudzeniu próbowałam rozszywfrować co jest rzeczywistością, a co snem. Dziś wyjątkowo trudno było mi rozpoznać. Pół we śnie, pół nie wiadomo gdzie. Nic nowego.

Trochę przemęczyłam mój organizm. Dziwię się, bo starałam się bardzo do tego nie doprowadzić. Nie dokucza mi to jednak zbyt bardzo, bo sportowe kontuzje to dla mnie chleb powszedni. A przynajmniej był. Dowiedziałam się, że w weekend odpoczywamy. Dziś mówię: tak. Trzeba przez chwilę wytchnąć. Ale nie mam zamiaru nic nie robić. Ćwiczenia obowiązkowe - na uda i na brzuch. Nie będzie dnia wolnego od potu! Tak być absolutnie nie może.

Analizując, to dopiero trzeci dzień. Każdego dnia godzinę biegu (a raczej truchtu i marszu). Za jakiś czas sama zwiększę długość trwania treningu. Już kłuje mnie w oko chęć zastopowania, ale nie! No pain no gain! Chociaż podobno to powiedzenie straciło na wartości. Uważam je jednak za pomocne. Aaah jest pain, oj jest. I czuje się z tym świetnie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz