poniedziałek, 27 maja 2013

Nooo

Nooooo! Niestety na początku trzeba to zakończyć. Na tydzień! Prawdopodobnie przewiało mnie podczas tych biegów. W sobotę muszę być na cacy, a tu ledwo zwyciężyłam z jęczmieniem oka, teraz muszę zwalczyć opryszczki czy coś w tym stylu. A niech to! Od poniedziałku może zwalić się na mnie wszystko, nie dbam o to, ale nie teraz! Zresztą i tak paskudna pogoda, pada i pada, co mnie w zasadzie nie zniechęca, ale mogło by być jeszcze gorzej ze mną niż jest.

Stop, stop więc na chwilkę! Od poniedziałku (jeśli nie będę na kacu :D) ruszam od nowa i z większą siłą!

piątek, 24 maja 2013

No pain no gain.

Z nękającą nienawiścią do życia wstałam. Jak zwykle po przebudzeniu próbowałam rozszywfrować co jest rzeczywistością, a co snem. Dziś wyjątkowo trudno było mi rozpoznać. Pół we śnie, pół nie wiadomo gdzie. Nic nowego.

Trochę przemęczyłam mój organizm. Dziwię się, bo starałam się bardzo do tego nie doprowadzić. Nie dokucza mi to jednak zbyt bardzo, bo sportowe kontuzje to dla mnie chleb powszedni. A przynajmniej był. Dowiedziałam się, że w weekend odpoczywamy. Dziś mówię: tak. Trzeba przez chwilę wytchnąć. Ale nie mam zamiaru nic nie robić. Ćwiczenia obowiązkowe - na uda i na brzuch. Nie będzie dnia wolnego od potu! Tak być absolutnie nie może.

Analizując, to dopiero trzeci dzień. Każdego dnia godzinę biegu (a raczej truchtu i marszu). Za jakiś czas sama zwiększę długość trwania treningu. Już kłuje mnie w oko chęć zastopowania, ale nie! No pain no gain! Chociaż podobno to powiedzenie straciło na wartości. Uważam je jednak za pomocne. Aaah jest pain, oj jest. I czuje się z tym świetnie!

czwartek, 23 maja 2013

Trudny dzień.

Drugi dzień za mną. Kości bolą mnie niesamowicie. Trochę to spory dla nich wysiłek. Jak by to było bez sportowych butów - wolę nie myśleć.

Trudny to był dzień. Rozpoczęty od bardzo nieudanych zakupów, które niemal powaliły mnie z nóg. Wstałam z dobrą myślą. Pojechałam do miasta. Po czasie wykończona, ledwo żyłam. Nic się już nie chciało, miałam dość! Zakupy przestają być przyjemnością, stają się musem. Dosłownie 10 minut przed umówionym spotkaniem z koleżanką dotarłam do domu. Ona była już prawie na miejscu, a ja dopiero się przebierałam. Wybiegłam - a miałam spory kawałek do przebycia. Zmarnowana po godzinnych łowach w sklepach. Przybiegłam, żyłam. Uuuf!

Żadnych refleksji. Nic, jestem rozładowana do minimum. Leżeć, spać, spać, leżeć.

środa, 22 maja 2013

Jogging!

Let's go jogging! Zaproponowała mi koleżanka. Takie wyzwanie? Trudno odmówić - ba, nie można! To, że tęskniłam do uprawianego w dzieciństwie sportu, wiedziałam już od dawna. Spojrzałam, uśmiechnęłam się. Właśnie o tym marzyłam, na taką propozycję czekałam! Jak z nieba! Nareszcie, nareszcie dostałam szansę wypracowania upragnionej, zaginionej formy i poprawienia swojego wyglądu i być może psychicznego stanu. Sport może zdziałać cuda! Oczywiście mogłabym sama, ale...w grupie raźniej przecież! 

Chcę sprawdzić jak bieganie wpłynie na moją sylwetkę. Taki test. Chcę się przekonać. Zaczynają się letnie wyjazdy nad morze, których i ja nie mogę ominąć. Jednak przedtem należy się w jakiś sposób przygotować. Nie ma nic lepszego niż bieganie i drobne ćwiczenia w domu!

Niestety zły los sprawił, że nie mogłam zrobić sobie zdjęcia "przed". Zrobię to jutro, aby móc porównać efekty. Sama jestem ich ciekawa. Zaczynamy?

Dzisiaj pierwsza próba nastąpiła. Trening wyglądał mniej więcej tak: szybki marsz, spacer, trucht, spacer, trucht, spacer, tru...marsz. Mimo minimalnego wysiłku - poczułam mięśnie nóg, co jest dobrym sygnałem. Dobre jest też to, że nie bolą. O to nam w końcu chodziło. Pierwszy raz, nie może powalić z nóg :D.


Let's go!